Ał. To boli.

To już drugi taki wpis spoza tematu „japońskiego”, czyli Japonii, którą najlepiej zapamiętałam i sukcesywnie staram się zapisywać na blogu.
Natomiast nawet teraz tyle się dzieje, że ciągle czuję potrzebę podzielenia się „tym i owym”
z szerszym gronem odbiorców! 😀

I piszę dalej.
Podobno ludzie mają mnie za odważną. Za zdolną. Serio (?)
Za taką, która ze wszystkim sobie radzi.
„Marysi nie trzeba dwa razy powtarzać”.
„Na nią naprawdę możesz liczyć”.
„Marysia nie zawali projektu”.

No i dzisiaj wpadłam.
Wydawało mi się, że wszystko dosyć dobrze umiem. Że próba pójdzie sprawnie. Cha, liczyłam nawet na pochwałę. 🙂 Standard.

Nie należę do gatunku ludzi cierpliwych. Oj, wręcz przeciwnie.
Gdy tylko zaczęło mi nie wychodzić (a to w zasadzie od początku), dostałam wścieku! Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale nawet jeśli go nie ma, to… już jest. 🙂
Wewnętrzna furia.
Jasny szlag. Totalna kompromitacja. Rozpacz. Histeria. Najczarniejszy scenariusz w głowie. Tak, jakby stało się coś strasznego. Tylko, że naprawdę. Tak, jakby znienawidziła mnie najważniejsza osoba w moim życiu. Tak, jakbym straciła wszystko.

Dlaczego?
Bo ja nie pozwalam sobie na błędy. Nie dopuszczam myśli, aby ktoś mógł być lepszy ode mnie.
Nie ma nawet opcji, abym leżała i jęczała, i… nie dawała rady.

I dzisiaj się zdarzyło.

Co czułam?
Czułam, jakby mój świat się zawalił. Dramatyzuję. Ale właśnie to uczucie nosiłam w sobie jeszcze bardzo długo. Nienawidzę swoich słabości. Do dziś nie wiedziałam nawet, że aż tak bardzo. Czułam się beznadziejnie. Czułam się jak totalne zero.
Wiecie, jak z tym się fatalnie żyje? To też dzisiejsze odkrycie.
W 3 sekundy potrafię zburzyć swoje poczucie wartości (sama!), chociaż… dzisiaj naprawdę nikt nie miał do mnie pretensji za to, że… nie umiem. Nie nakrzyczał. Nie był niemiły. Wręcz przeciwnie. Podziwiałam za troskę o mnie.

Samego siebie można tak bardzo znielubić w kilka chwil?
Czy buduje się to latami?
Czy inni ludzie mają na to wpływ i „dorzucili się” wcześniejszymi sytuacjami z naszego życia?
Na pewno.
Niemniej, dzisiaj NIC się nie stało. Oprócz tego, że nie umiałam. No i spojrzałam prawdzie w oczy. I sobie spojrzałam.
I dobrze czasem spojrzeć.
Ale to boli.

Ał. To boli.

 

marysiaczok

Cześć, nazywam się Marysia Czok, mam 17 lat i pochodzę z Warszawy. Od sierpnia 2015 roku prowadzę bloga modowo-lifestylowego. Oprócz tego gram na skrzypcach i śpiewam. Mam nadzieję, że do mnie dołączysz!