Do żywych

Kto poczuł już na własnej skórze, że powrót do żywych po urlopie jest koszmarem? Na urlopie też się było „żywym” – dla jasności. Ale jednak zupełnie inaczej. Kto myślałam o tym, który dzień tygodnia? Kto myślał o tym, która godzina? Godzinę sprawdzało się tylko po to, aby wiedzieć, za ile jakaś smaczna przekąska lub kawka. Ewentualnie lampka wina czy bombardino.

Kto kocha bombardino całym sercem?

Chyba sami rozumiecie, że w okolicznościach bombardino, wstanie rano (o barbarzyńskiej porze – bo nikt mi nie powie, że praca/uczelnia/szkoła nie startują o barbarzyńskich porach) jest naprawdę niefajne. 

Dlatego też mój post piszę z tygodniowym opóźnieniem. Przez tydzień musiałam poskładać się na nowo i wrócić. Chociaż miniony tydzień to sporo nerwów i łez, muszę przyznać, że jak zwykle życie zaskakuje. I pisze najlepsze scenariusze. No nikt by takich nie napisał.

Poznałam dwójkę wspaniałych ludzi, a można powiedzieć, że i trójkę, zrobiłam coś szalonego, poszłam potańczyć, spotkałam się ze starymi znajomymi, nauczyłam czegoś bardzo ważnego od ważnej dla mnie osoby, byłam w teatrze, na koncercie (zupełnie przypadkowo) i znalazłam fajne miejsce z rolkami sushi!

Wszystko, jak zwykle, to kwestia perspektywy. 

Ostatnio uświadomiłam sobie, że przejmuję się małymi sprawami tak, jakby były ogromnymi, a ogromnymi – nie przejmuję – tak, jakby były małe. Rozmawiałam na ten temat z bliską koleżanką, a w zasadzie rozmawiałyśmy o czymś zupełnie innym, ale zboczyło na ten tor i okazało się, że brawurowo zidentyfikowała moje stany.

Generalnie sprawa ułożenia planu zajęć wywołuje u mnie palpitacje, krew zalewa mi oczy, moje życie się kończy, tracę grunt pod nogami. To mnie paraliżuje – jakbym drętwiała na kilkanaście sekund. A po co to? Czy plan jest wart drętwienia? Czy przykry SMS jest wart tego, abym miała popsuty wieczór? 

Myślę, że większość z nas cierpi na podobne rzeczy. Na zamartwiactwo sprawami mikro. A po co cierpieć, skoro nie trzeba cierpieć. 

Nie cierpmy więc bez powodu. 

marysiaczok

Cześć, nazywam się Marysia Czok, mam 18 lat i pochodzę z Warszawy. Od sierpnia 2015 roku prowadzę bloga modowo-lifestylowego. Oprócz tego gram na skrzypcach i śpiewam. Mam nadzieję, że do mnie dołączysz!