Japonia. Spokój.

O Japonii można napisać trzy tomy (każdy po 600 stron), a i tak nie wypowie się w pełni wszystkiego, co by się chciało wypowiedzieć. 🙂
Profesjonalne opracowania wycieczek, tego co zwiedzić lub kupić, zostawiam znawcom pisania przewodników.

U mnie za to, zresztą jak zwykle, parę wpisów z serii „moimi oczami”, czyli o wszystkim, co najbardziej zapisało się w mojej pamięci, głowie i… sercu.


Przemierzamy tysiące kilometrów, mijamy setki ludzi, pewnie nawet 90% z nich nie zauważając, znając z imienia może 1%…
Podróżujemy z plecakiem, torbą Louis Vuitton, walizką- nową, walizką- już raczej starą i niemodną.
Ktoś woli spać w hotelu 5- gwiazdkowym, ktoś w schronisku, a jeszcze inni u tzw. „lokalnych ludzi”.

Jedno jednak łączy wszystkich tych, którzy zdecydowali się na podróż do Japonii.

Przemierzając setki kilometrów podczas moich wakacji w kraju Nippon (Japonii), pierwsze co mnie uderzyło to… SPOKÓJ.
Nie będzie zaskoczeniem, kiedy powiem, że szukać go można w kilkunastowiecznych klasztorach czy świątyniach buddyjskich. Swoją drogą uwielbiam klimat kadzidełek, siadania na podłodze bez butów i kontemplowania. Pewnie nie to jest esencją religii buddyjskiej, ale i tak mnie zachwyca.

Odnaleźć spokój, a co za tym idzie- dokładne wsłuchanie się w siebie- praktykowałam także w lesie bambusowym. Dawno nie czułam tak spokojnej fali (no właśnie, czego?) przepływającej przez moje ciało, jak podczas spaceru w tamtym miejscu.

To już bardzo naciągany przykład, ale szukać spokoju w Japonii można nawet w… tokijskim metrze! Zaskoczeni? Chociaż tam już nie natkniemy się na grobową ciszę, to na peronie nikt na nikogo nie nakrzyczy, dzieci nie ganiają w berka, mało kto rozmawia przez telefon (uważane za „w złym stylu”), a nawet mało kto nerwowo biegnie do wolnego miejsca (krzesełka) w wagonie pociągowym. Nikt się nie rzuca, nie hałasuje i nie robi zbędnego zamieszania wokół własnego osoby (co np. robię ja)! 🙂

Zatem SPOKÓJ.
Ma swoje plusy, minusy, a nawet plusy i minusy na raz. 🙂 Ale jedno jest pewne.
Trzeba tam być, poczuć to i „włożyć” głęboko w siebie.

Dla tak rozkrzyczanej osoby jak ja było to niesamowite przeżycie.

 

marysiaczok

Cześć, nazywam się Marysia Czok, mam 18 lat i pochodzę z Warszawy. Od sierpnia 2015 roku prowadzę bloga modowo-lifestylowego. Oprócz tego gram na skrzypcach i śpiewam. Mam nadzieję, że do mnie dołączysz!