Nie pisałam o wirusie

Czy Wy też odczuwacie taki ból egzystencjalny? Nie pytam, czy dziś, ale czy w ogóle w jakiś dzień. W minionym, mijającym, trwającym, cholernie trwającym, wirusowym, czasie.

Boże! To co mnie dopadło dziś po 18.00… chyba nawet ciężko opisać. Może to efekt siedzenia w domu i niewychodzenia na miasto? To najprostsze pytanie, które można sobie zadać.


Niestety. Nie. Dziś wyszłam z domu, bo musiałam iść do pracy i nadawać z radia. A więc to nie efekt siedzenia w domu.


Szybkie przemyślenie. Radio funkcjonuje nawet w obliczu totalnej katastrofy. Nawet w trakcie wojny. Chociaż takiej militarnej wojny raczej by nie przetrwało. Może jedynie pierwsze tygodnie. W każdym razie media potrafią wiele przetrwać i wiele przetrwają. Raczej prędko nie dadzą się żadnym wirusom. One jeszcze bardziej dzięki tym wirusom żyją.

Byłam także w sklepie, bo pomimo ogromnych zapasów domowych, są rzeczy, których na zapas kupić się nie da.

Ale o czym ja tu w ogóle piszę…
Ach. Nawet to mnie denerwuje i przygnębia. Ta niemoc!

Zobaczyłam dzisiaj puste ulice w centrum stolicy…
Zobaczyłam mnóstwo ludzi w rękawiczkach i maskach (to ja).
Zobaczyłam ludzi bojących się przejść koło kogoś na bliżej niż metr (to też ja).
Te widoki przybijają. Już lepiej siedzieć w domu i tego wszystkiego nie widzieć. Naprawdę. Nie odczuwać bezpośrednio. Lepiej posłuchać o tym w telewizji, radiu lub poczytać w internecie, ale nie doświadczać.

Humor poprawił mi jedynie kurier z paczką.

Przy okazji. Usłyszałam dzisiaj ważny apel. Co więcej, zostałam poproszona, aby wspomnieć o tym na blogu.
Kupujmy polskie produkty!

Apel, który kieruję sama do siebie. Aż mi wstyd za dzisiejszą niepolską paczkę.
Sama niejednokrotnie biję się w pierś…
Z przyzwyczajenia wybieram marki zagraniczne, znane, tańsze. Ach.

Myślę teraz o wszystkich małych, prywatnych firmach.
Sami takie mamy w naszej rodzinie. Martwię się, czy zwiążemy koniec z końcem, jaki będzie finał tego wszystkiego.
Wiem, że kiedyś ludzie będą o tym pisać niejeden doktorat i książkę. Ale to nie pociesza. To będzie kiedyś, a ja jestem dzisiaj i tutaj.
Znajomi aktorzy nie mają dla kogo grać…
Znajomi przedsiębiorcy dla kogo dowozić / produkować / przygotowywać.
Znajomi lekarze… och! temat na osobny post. Tego się nie podejmę. Zbyt emocjonalne!
Znajomi,
Znajomi,
Znajomi.
A tak naprawdę wszyscy my!

Nie wyobrażam sobie Wielkanocy w domu, bez świętowania tego w kościele. Cóż, będę musiała sobie wyobrazić.
Nie wyobrażam sobie niespotkania się z wielką rodziną, z chłopakiem, nieobdarowania się prezentami.
Wszystko to kotłuje myśli w głowie. Pewnie Wam też!

Nie ma rady.
Usłyszałam na to wszystko bardzo mądre słowa. A że sama bym na nie nie wpadła, to właśnie tu je zacytuję.
Będzie ciężko, będzie cholernie ciężko, bo to są początki, to jest nieznane i w tym trudzie się prawie cali zatapiamy. Ktoś przepada, ktoś ledwo ciągnie.
Ale ten czas daje nadzieję, że jeszcze będzie dobrze. Ocierajcie te łzy, które macie na polikach lub które macie w głowie, lub których nie macie.

Tego nie da się opisać słowami.
Nic potem nie będzie już takie, jak było przedtem. Może to czas na odrodzenie? Trudne. Dla mnie osobiście bardzo trudne.
Ale to wszystko daje nadzieję, że przetrwamy.

Miałam nie pisać już o koronawirusie. Chociaż w sumie nie pisałam. Pisałam o czymś innym, w tle z wirusem. Bo co innego jest w tle, w naszych głowach, od dwóch tygodni? A więc właśnie. Ale nie pisałam o wirusie. I obiecuję, że już więcej nie będę. W końcu przetrwamy to. Bo nie mamy wyjścia.

Photo by Li Yang on Unsplash

marysiaczok

Cześć, nazywam się Marysia Czok, mam 18 lat i pochodzę z Warszawy. Od sierpnia 2015 roku prowadzę bloga modowo-lifestylowego. Oprócz tego gram na skrzypcach i śpiewam. Mam nadzieję, że do mnie dołączysz!