Sesji efekty uboczne

Przede wszystkim bardzo cieszę się, że jeszcze na razie wywiązuję się ze swojego postanowienia noworocznego, jakim było pisanie regularnych wpisów na blogu. Czy uda się później? Nie wiem. Mam wielką nadzieję, bo co tydzień czuję się naprawdę zwycięsko.

Tak, tak… Trochę musiałam się pochwalić! 🙂 To mi daje pozytywnego kopniaka.

Dzisiaj trochę o sesyjnych efektach ubocznych. Nie, nie będzie o hektolitrach kawy, o Redbullach w ilości przekraczającej 5 (o matko, kto jest w stanie tyle wypić? nigdy nie kupiłam żadnej puszki energetyka), o nieprzespanych nocach. To nie mój styl. Wypracowałam własny.

Odkąd zaczęła się sesja, a w zasadzie okres przedsesyjny (z terminami zerowymi), zdążyłam zobaczyć:

  • najgłupszy fragment (całego nie dałyśmy rady) serialu na TVN7 z moją mamą – przecież chwila odpoczynku każdemu się przyda
  • skoki narciarskie z moim tatą – Dawid Kubacki był genialny, prawie się popłakałam, nie wiedziałam, że jestem fanką skoków narciarskich
  • ciągle mam ochotę na Netflixa – to jest kopalnia pozycji „do zobaczenia”, tylko kiedy?
  • upiekłam sobie naleśniki – znana jestem z tego, że lubię gotować, ale kiedy mam czas. W sesji ma się go nieszczególnie dużo (raczej ciągle za mało). Czy właśnie dlatego postanowiłam wczoraj w nocy piec naleśniki?
  • przeprowadziłam kilka naprawdę poruszających rozmów przez telefon z przyjaciółmi, znajomymi, z moją mamą… zajęło mi to tylko… chwilkę, czyli cały wieczór
  • mam mnóstwo ciekawych książek do przeczytania, są naprawdę warte każdej minuty, a przecież minutę w tę czy w tamtą to żadna różnica?

Jak widzicie, znalazłam CAŁKIEM sporo dowodów na to, że jednak sesja ma swoje skutki uboczne. Na przykład dużo ciekawostek daje o sobie znać, albo robi się wszystko, oprócz tej sesji. A przynajmniej bardzo się człowiek stara.

Ale też bez dramatu. Niektóre osoby tak przeżywają sesję, jakby wychodziły za mąż / za żonę. 🙂
Owszem, to ważne egzaminy, ale chyba na poważnie wzięłam sobie do serca słowa mojej znajomej – bez przesady.

marysiaczok

Cześć, nazywam się Marysia Czok, mam 18 lat i pochodzę z Warszawy. Od sierpnia 2015 roku prowadzę bloga modowo-lifestylowego. Oprócz tego gram na skrzypcach i śpiewam. Mam nadzieję, że do mnie dołączysz!